* * *

w samotności się zabawiam niezupełnie na wesoło
udostępniam słowa ścianom z jesiennym półżartem
potem bajki opowiadam głupie wiersze malowidła
bezskutecznie mocno marzę
bardzo tęsknię do nikogo
piję dużo kolorowo
z udawanym wdziękiem gasnę
lecz zakocham się nim zasnę
od jutra do jutra
tak trochę na zawsze

* * *

otwarte wszystkie okna
szaleją w przeciągu myśli w głowę podrapane
niezprecyzowane nieporządne niemoralnie półnagie
twarzą obojętną zasłonięte niedokładnie
jak głodne zwierzęta uciekają z ukrycia
pustką poławiane tkwią w sidłach szyderstwa
na noc nie wracają już zdrowe i całe
pozostaje przeklinanie tropicieli śladów
wśród czterech ścian z brązowej ciszy
i wieczorne światu przebaczanie
uświęcone wódką i zakąską

Samson i Dalila

* * *

* * *

Nike

* * *

Papryka

* * *

Jej młodość inteligencja i cholerny talent

Zakłócają zimowy błogostan

Mimo to moja jest radość  brązowo za stara

Która  idzie za nią zbyt daleko po odcieniach bieli

Bo imiona jej brzmią jak zakochanie

Pod jej ubraniem moich myśli mieszkanie

I jeszcze . . .

Uśmiecha się czasem złotawym milczeniem

Lecz jej oczy nie szukają moich słów

Sekret

* * *

Karnawał

* * *

* * *

Miłość i miłości usta rozchylone

Słowa szeptem wtulone w melodię

Barowe nastroje kolorowe alkohole

Deszczowe taxówki

Zapłakane telefony

Słowa słowa

Usta

Ostatni przebłysk

Alkohole 16

* * *

 

Zasypia mój dyslektyczny długopis

I mija drugi rok jak nie maluję

Bicia serca nie słyszę

Teraz w stu kościołach pobożnego Krakowa

Niezupełnie na trzeźwo

Studiuję słodko-złotą  hagiologię

Znowu jestem w średniowieczu

I nie to że od początku

Ale jak gdyby wszystko już było

Oddech

* * *

* * *

 

W niecierpliwych sandałach radości

Depcząc beztrosko błękity zielenie

Po piasku po morzu  po lesie i niebie

Wzdłuż zapachu smażonej ryby

Z żoną bursztynową pod rękę

W samo sedno zachwytu

Słów tłumionych na wietrze

W sam środek słońca

 

* * *

* * *

* * *

Zwidy posłoneczne

Przezokienne zaświaty

Bajki  nabazgrane

Niemnożonym talentem

A prawda może w tym

Że ciepło ołówka

Od trzymania w dłoni

I jasny zapach papieru

* * *

* * *

* * *

Na krakowskim rynku

Jestem zawsze w gołębim nastroju

I jak hejnał z wieży

Mimo strzały utkwionej w gardle

Wznoszę się zaczarowany

W Krakowie na rynku

W gołębim nastroju

Nieostrożnie zbliżam się do ludzi

* * *

* * *

* * *

* * *

włosy niegdyś długie gęste i młode

włosy nieczesane opowieści na wietrze

o dzikich wolnych bezkresnie szczęśliwych

włosy jak wymarzone dalekie wędrówki

zawrócone niestety na plażach Bałtyku

długie włosy ścięte chwasty i łąki skoszone

koniec pierwszych młodości 

* * *

Erotyk taki popołudniowy

Leniwie pieszczony w drugą połowę lata

Przyjemnie ciepły ale nie zakochany

Oszukany bladym pocałunkiem

Jak porzucony piesek przybłęda

Łazi ze mną po ulicach wolności

I obwąchując mini sukienki

Napotkanych kobiet

Dyskretnie macha ogonem

Za tych co na morzu czyli człowiek za burtą

Kompozycja wielkopostna

Infantka

* * *

Nie było mnie tej nocy nie było

Bo chodziłem po świecie

Ciemnymi drogami

Po jesiennym Internecie

I jak zwykle zabłądziłem

Się upiłem i zgrzeszyłem

W inną stronę zagapiłem

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Przyśnić Ci się zapomniałem

Stary dworzec

* * *

Zimą dokarmiam sikorki

Ich żółtobrzuszny apetyt

I zielonkawe uśmieszki

Leczą bolesne ciemności

Bogatki modraszki szarytki

Przez rozdartą kieszeń kurtki

Ciepłe jeszcze resztki dzieciństwa

Wywlekają na śnieg

B i B

***

Pod moje buty gotowe do wyjścia

Liście deszczem bezszelestne

I całe błoto listopada

W przedpokoju jeszcze

Liczę w portfelu wiersze

Nie wystarczy na dozgonną miłość

Ale na drogę. . . . . .

Pod parasolem podróż na gapę

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W pojedynkę może się udać

Przymrozek

missa brevis pro defuncto

***

***

Nad stołem zastawionym
Owoców sztuczną jesienią
Dym jej light papierosów
Kłębił się pornograficznie
I zbyt daleką się stała
Uczciwa droga do drzwi

W pracowni

Ocaleni

***

Nowy telefon komórkowy
Piękny i denerwujący jak XXI wiek
Przytulam do ucha twój głos
I nie umiem odróżnić prawdy od kłamstwa
Z techniką zupełnie sobie nie radzę

Niebieskie dialogi

Matka Boska Wędrująca

***

Wiosennie zmęczony
Na tle wzorów splątanej pogody
Celebruję męskie lenistwo
Ze szklaneczką dowcipu
Subtelnego tylko do połowy
Tracąc na wieczór twoje towarzystwo
Przez internet się zanurzam
Pod powierzchnię logiki

Deszczowa herbatka

Podróż na sufit

Resztki Edenu

***

Gdybyś przed wieczorem jeszcze
Zdążyła na skrzydłach Euterpe
Do tej dziupli na drugim piętrze
Gdzie ja i moje bohomazy
Starzejemy się na brązowo
Nasłuchując ze wstydem
Dzwoneczków uznania

Około północy

***

Z przyjemnością się zaciągam
Ryzykując wiele groźnych chorób

Po dwudziestu latach niepalenia
Smużka błękitnego dymu
Znów po cichutku unosi sprawy

Po obojętną bladość sufitów

Agata

Przypowieść entomologiczna

Mit zapomniany (dla Jane)

***

Tańczy moja dusza nieśmiertelnie lekko
Bo ciało to raczej drewniane
Ale dusza tańczy zwłaszcza jazz
I błękitne techno tańczy z najpiękniejszą
A ciało drewniane podpiera ścianę ateizmu

Tancerze ochry i błękitu

***

Pociąg mój senny wcale niepośpieszny
Sto lat spóźniony i nie zdążę do żony
Na tłuste święto wybaczania win
I nawet nie żal bo przez szybę taka dal
T  a  k  a   D  a  l
Że wszystko za miejsce przy oknie
………………………………………..
A ta stacja może niedaleko
Gdzie na peronie czeka na mnie
K i r i ko

Scherzo

***

***

O tej parze turystów na bani
Co w lustrze rozpycha ramy sztucznego bursztynu
Upalna ballada i żar
Pod ciemnymi okularami ukrywają głód
Na wszystko od nowa na więcej
Ale to głupstwo i zarazem koniec świata
Jednak ci mistrzowie kompromisu
Z niebieskim opanowaniem
W urlopowym słońcu odgrzewają ciała
Nadal się kochając niewielką miłością

Uśmiech losu

Ogród taki

Na oślep

***

Parasol rozwinięty
Jak czarny żaglowiec
W rejsie przez wzburzone kałuże
Mój sztandar pochmurny
Znak walczącego komizmu
O prawo do melancholii

Litania

Przedwiośnie

Sen

***

Na korytarzu białym szpitala
Z kamieniem strachu zostajesz sama
Na korytarzu szpitalnym biała
I której dźwigam bolesny obraz
W drodze do domu
Idąc tam sto lat

Maskarada

Św. Katarzyna

***

Smutek jesiennej nocy
Bo księżyc wyśledził
Wiatr wywęszył
I trwoga już o mnie wie
Lecz ciemno pod moim adresem
Bo sercu dziś dała schronienie
Internetowa mgła
Gdzieś na www.daleko stąd

Zimowy poranek

***

O poranku radio powiedziało
Że dziś upał będzie wszędzie
Ciche przyzwolenie
Na diabelskie sztuczki
Obłudna nadzieja
Na słoneczny gwałt

 

Spraw zapominanie

***

Przez niedomknięte drzwi tajemnicy
Patrzyłem z dezaprobatą
Jak słońce gasiła w popielniczce
Za to herbatę parzyła na zielono
Gdy na świecie umierało lato

 

Czarne miłosierdzie

***

Dawno dawno temu
…………………………………..
Jechaliśmy nocą pociągiem
Na koniec ówczesnego świata
Czyli nad samo morze

Papierosy dymiące niemocą
Odbijały się w czarnym oknie wagonu
Za którym przeczuwaliśmy złe czasy
Dojechaliśmy o świcie
Witało nas słońce i wiatr
I nikt już o tamtym nie pamiętał
Bowiem każdy odzyskał wzrok

Zły ruch

Gdzie jesteś Meg?

Wiosenne kaprysy

Sekret łagodnego czarodzieja

***

Na Wielkanoc przebywałem na wsi
W zmartwychwstającym sadzie
Widziałem ptaki i młode kobiety
To one w grobowe wnętrze
Wpuściły ciepłe zielone powietrze

Pieta

Mesjada

Marsjasz

***

Maluję brązem błękitem i ciszą
Czas przy sztalugach modlitwą się staje
Obrazy moje w koło serca wiszą
Na nich pachnące werniksem postacie
Poruszają się ukradkiem
Gdy na nie nie patrzę

Poezji szczęśliwa godzina

Święta Dorota

***

W blasku z telewizora
Poprzez śniegi pościeli
Odchodzimy w starą bajkę
Zostawiając na stole
Czułych szeptów krople
Co nam od ust spadły
Okruchy miłości
Na białym obrusie
Zagadkowe plamy

Kwartet smyczkowy czyli scherzo dla Niny

Zielona herbata

Melodia znad Przemszy

***

Świat w obłędzie
Czas w rozpędzie
Żona w pracy
A ja taki szaro-popołudniowy
Potajemnie się spotykam
Z moją niewidzialną przyjaciółką
Ciszą

Powrót

Nowy ląd

***

Kirke co w świnie zamieniasz żeglarzy
Nie patrz na mnie gdy układam wiersze
Twój brzuch złoty choć tak lipcem parzy
Jednak Kirke pytam się o więcej
A tu nie ma jasnych odpowiedzi
Wszystko milczy albo mówi szeptem
A ja głuchy na wszystko
Dobrze słyszę tylko Twoje czary
I czuję jak to jest być wieprzem
Nie patrz na mnie gdy układam wiersze
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 
 
Kiedyś znów będę żeglarzem